Denko październik

Denko październik

Początek mojego blogowania postanowiłam zacząć od końca. Od końca kosmetyków, które skończyłam w październiku. Zanim zaczęłam zbierać puste opakowania patrząc na zdjęcia zapełnione pustymi słoiczkami zastanawiałam się jak można zużyć aż tyle produktów w jednym miesiącu! I choć nadal wykorzystanie trzech żeli pod prysznic o pojemności pół litra w trzydzieści dni wydaje mi się niemożliwe, no chyba że mieszkasz z czterema innymi osobami albo myje nim też wszystko inne, to posypuję głowę popiołem, bo u mnie wcale nie jest lepiej! Przygotowując ten wpis wyciągnęłam wszystkie zużyte opakowania i zdziwiłam się, że jest ich aż tak dużo! Gdybym normalnie wyrzucała je do kosza, to nawet bym się nie zorientowała ile tego było. Oczywiście w zdecydowanej większości   są to produkty, których wykorzystanie zajęło mi więcej niż jeden miesiąc i wiele z nich było w użyciu zdecydowanie dłużej! Muszę jeszcze dodać, że część kosmetyków zużywa ze mną mąż. Ale teraz przejdźmy już do rzeczy! Albo raczej do denka 😊

Pierwszym wykończonym przez mnie produktem jest żel myjący do twarzy od Biolaven. Z tym produktem zadziała się dziwna sprawa, jakieś parę lat temu już go miałam w swoich zapasach i wtedy był to przezroczysty żel, natomiast teraz miał biały kolor, gdy spytałam się Was o to na Instagramie okazało się, że praktycznie każda z nas ma produkt o innej konsystencji lub kolorze. Najważniejsze jednak, że jest do produkt delikatny, dobrze myjący, ma bardzo przyjemny zapach, który nie wszystkim może przypaść do gustu, jak dla mnie jest to takie połączenie winogrona z lawendą. Żel słabo się pieni, jednak konjac bardzo dobrze robił z niego pianę. Myślę, że jest to produkt, do którego jeszcze kiedyś wrócę, szczególnie że jestem ciekawa na jaki kolor i konsystencję trafię tym razem. 😉

Kolejnym produktem jest intensywnie odżywczy krem na noc od Vianka. Całkiem się polubiłam z tym kremem, chociaż na cieplejsze miesiące był dla mnie trochę zbyt odżywczy i pozostawiał taką charakterystyczną warstewkę na skórze. Zapach jest przyjemny, trochę kwiatowy, chociaż nie potrafię w stu procentach określić z czym mi się kojarzy. Jego konsystencja jest dość gęsta, jednak w cieplejsze dni stawała się na tyle lejąca, że ściekała mi z palca. Myślę, że teraz sprawdziłby się wręcz idealnie. Wiem, że wiele osób Vianek zapycha, jednak u mnie nic takiego się nie dzieje. Na plus jest jego dostępność, przystępna cena oraz opakowanie, buteleczka typu airless jest bardziej higieniczna, bakterie nie dostają się do środka produktu, dzięki czemu producenci mogą dodawać mniej konserwantów.

Kolejnym produktem jest krem nawilżający Bear Power od Natura Siberika. Jest to krem przeznaczony dla mężczyzn, chociaż stosowałam go przez jakiś czas, a ani broda, ani wąsy mi nie wyrosły 😉 jest dość gęsty i bardzo odżywczy, dlatego stosowałam go tylko na noc, a i tak czułam, że to zbyt wiele. Jednak mój mąż używa go zarówno rano, jak i wieczorem i jest bardzo zadowolony. Aż tak go polubił, że właśnie rozpoczął jego kolejne opakowanie, jednak ja rozglądam się za jakimś innym produktem dla mężczyzn, bo dobrze gdy skórze dostarczamy różnych składników odżywczych. Jednak jeśli Wasi mężczyźni mają problem z przestawieniem się na naturalne kosmetyki, to ja bardzo polecam tę serię, nie poczują różnicy! Stacjonarnie na pewno jest w Rossmannie, ceny nie są bardzo odstraszające.

Specjalistyczny wyszczuplający balsam od Resibo był hitem ostatnich dwóch miesięcy i mega ulubieńcem. Do jego zakupu przymierzałam się już od dłuższego czasu, jednak wydanie 90 złotych na balsam do ciała wydawało mi się kwotą dość szaloną! Kiedy okazało się, że jest jakaś promocja dzięki której mogłam zaoszczędzić jakieś 35 złotych, postanowiłam skorzystać i…. I teraz żałuję, bo przepadałam całkowicie i jestem jeszcze bardzo ciekawa innych kosmetyków od Resibo, więc mój portfel zdecydowanie na tym ucierpi. Ich balsam w połączeniu ze szczotkowaniem na sucho i dietą, sprawił, że moja skóra nigdy nie była bardziej miękka i nawilżona, cellulit zdecydowanie się zmniejszył. Co do działania wyszczuplającego to nie mogę się wypowiedzieć, ponieważ zaatakowałam moje ciało z wielu stron i centymetry poleciały, balsam chyba pomógł, jednak nie był głównym czynnikiem. Z całą pewnością nie było to moje ostatnie opakowanie! Nawet jego specyficzny zapach mi nie przeszkadza! 😉 A produkty Resibo bardzo często są na promocjach.

Natomiast maska z węglem od InstaNatural to zupełnie inna bajka. Produkt ten zupełnie nie przypadł mi do gustu. Maska miała oczyszczać, a zamiast tego bardziej nawilżała cerę. Natomiast dodatek węgla sprawił, że była ona czarna i oczywiście podczas zmywania brudziła cały zlew i wszystko dookoła. Jestem w stanie przeboleć brudzenie, jeśli produkt działa, w innym przypadku zupełnie nie widzę sensu. Jednak niekwestionowanym plusem tej maski była jej wydajność, nie mogłam jej skończyć, a uwierzcie, że bardzo już chciałam! Jednak wydajność to nie wszystko i stawiam przede wszystkim na działanie. W związku z tym jest to produkt, którego nie chcę już u siebie widzieć. Może u kogoś z mniejszymi problemami z cerą lepiej się sprawdzi, jednak u mnie to kompletna porażka.

 

Kolejnym produktem, który zdążyłam wykorzystać jest krem do depilacji od Isany. Bardzo się z nim polubiłam, nie śmierdzi jak inne produkty tego typu, jest skuteczny, chociaż trzeba nałożyć na skórę dość hojną warstwę kremu, aby usunąć dokładnie wszystkie włoski. Kosztuje około 6 lub 7 złotych, ale w Rossmannie często są promocje i można go kupić już za 5 złotych. Zwykle w miesiącu zużywam dwie lub trzy tubki. Zdecydowanie jest to produkt, do którego będę wracać, chyba że uda mi się znaleźć jakiś inny krem do depilacji z fajnym składem. Jak znacie jakiś dobry produkt tego typu to dawajcie znać!

O tym że warto się peelingować chyba wie każda z nas, jednak mi często brakowało regularności, szczególnie w sezonie jesienno-zimowym, bo nie lubię marznąć w łazience. Jednak wszystko zmieniło się, od kiedy zaczęłam używać peelingów z dobrym składem, z dodatkiem olejów lub maseł, bo dzięki temu nie muszę nakładać balsamów, a skóra jest przyjemnie nawilżona. Co do algowego peelingu od Fresh&Natural to dokładnie spełniał to zadanie. Jego konsystencja jest dość lejąca, gdy produkt stoi jakiś czas olej może oddzielić od drobinek cukru, ale to normalny proces, wystarczy wtedy zamieszać i wszystko jest ok. Jest to dość śmierdzący produkt, jak na algi przystało 😉 jednak nie skradł mojego serca całkowicie, może dlatego że słyszałam o nim bardzo dobre opinie i moje wymagania były zbyt wygórowane 😊 chociaż bardzo chętnie sięgnę po inne peelingi od tej marki i inne ich produkty, bo jakościowo jest to super kosmetyk!

Ostatnim kosmetykiem jest oczyszczające serum do skóry głowy od Bionigree. Produkt ten zakupiłam z myślą o moim mężu, którego skalp jest dość problematyczny. Dermatolodzy rozkładają ręce i nie zgadzają się co do diagnozy, w związku z tym ja mam pole do popisu i mogę na nim poeksperymentować troszkę  z różnymi produktami i naturalnymi mieszankami 😊  Serum sprawdziło się na tyle, że mamy już w użyciu kolejną buteleczkę, chociaż 50 ml kosztuje aż 60 złotych. Jednak może trochę napiszę o działaniu! Serum działa trochę na zasadzie peelingu enzymatycznego, nie zawiera żadnych drobinek, a aplikuje je się za pomocą wygodnej pipety. Uważam, że jest to idealny produkt dla osób, które mechanicznym peelingiem uszkadzają sobie włosy, bądź mają jakieś problemy ze skalpem, jak np. ŁZS, czy łupież, ponieważ naskórek nie jest inwazyjnie zdzierany, tylko delikatnie rozpuszczany.

Maska od Duetus to jest totalny SZTOS!! Moja cera w ostatnich tygodniach oszalała i dzieją się z nią takie rzeczy, które nie miały miejsca nawet wtedy, gdy byłam nastolatką. Ewidentnie to co się pojawiło na mojej twarzy miało podłoże hormonalne i trochę przypominało lekki trądzik różowaty. Próbując uspokoić cerę zrobiłam sama dużo różnych mieszanek na bazie glinek, błota i innych surowców, lecz nic nie działało, dlatego moje oczekiwania wobec tego produktu były dość niskie. Jakie było moje zdziwienie, gdy już po jej zmyciu zauważyłam dużą poprawę!! Zaczerwienienie, jak i zmiany zdecydowanie się zmniejszyło, do tego stopnia, że mój mąż myślał, że się pomalowałam. Sama maseczka kosztuje około sześciu złotych i wystarczyła mi na dwa użycia. Zdecydowanie polecam! I jest to mój nowy ulubieniec i must have w mojej domowej kosmetyczce!!

Z oleju migdałowego byłam bardzo zadowolona, gdy korzystałam z niego do olejowania włosów, niestety na twarzy strasznie mnie zapchał. Dało się nim również zmyć makijaż, chociaż nie do końca radził sobie z tuszem, czy eyelinerem. Olej posiada certyfikat ECO CERT co jest jego dużą zaletą, jednak nie przekonał mnie na tyle, żebym sięgała tylko po olej migdałowy tej marki. Podsumowując, dobry produkt, chociaż mnie nie porwał i niczego nie urwał.

Masło shea kupiłam z myślą o domowych kremach i balsamach. Planowałam zrobić jeszcze balsam oczyszczający do twarzy, jednak rozsądek wygrał i muszę najpierw skończyć płyn micelarny, jednak postaram się go zrobić jak najszybciej, bo jestem niezmiernie ciekawa jego działania i konsystencji. Samo masełko jest bardzo przyjemne, ma zbitą konsystencję i charakterystyczny dla siebie smrodek, do którego łatwo przywyknąć. W swoich zapasach już mam kolejne opakowania, tym razem większe.

Glinka zielona z Fito Kosmetik zdecydowanie przypadła mi do gustu, stosowałam ją do oczyszczania twarzy, jednak najczęściej robiłam z niej maskę do ciała z dodatkiem olejów, cynamonu i chilli, następnie owijałam się folią, ubierałam dres i wchodziłam pod kołderkę na około trzydzieści minut. Jest to całkiem przyjemny produkt w dobrej cenie.

Jak widzicie sporo się tych rzeczy zebrało! Pewnie w przyszłym miesiącu będzie tego zdecydowanie mniej. A Wy znacie te produkty? Co o nich sądzicie?

Do zobaczenia następnym razem!

Aga



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *