Denko kwiecień

Denko kwiecień

Denko kwiecień

Przez zawirowania rodzinne i zdrowotne trochę bloga znowu zaniedbałam, ale niestety tak to czasem w życiu bywa. Teraz obiecuję poprawę i regularność we wpisach, możecie mnie z tego rozliczać 😊 Także zaczynam nadrabiać zaległości i rozpocznę denkiem! Co miesiąc zadziwia mnie ilość zużytych opakowań i nie wiem, czy kiedykolwiek przestanie, ale w tym miesiącu nastąpiło chyba jakieś apogeum! Także nie przedłużając przejdźmy już do wydaje mi się największego denka w mojej blogowej historii!

Rewitalizujący Krem do Rąk – Fresh&Natural

Muszę się przyznać, że kiedyś wcale nie używałam kremów do rąk i dobrze mi z tym było. Nawet dziwiłam się osobom, które ich używały, bo przecież moje dłonie niczego specjalnego nie wymagały, no może poza okresem zimowym. Jednak kiedy zaczęłam używać kremów do rąk bardziej regularnie, przekonałam się, co znaczą dobrze nawilżone dłonie! A przecież jest to część ciała, która również się starzeje, i to często po nich widać wiek. Z tego powodu staram się mieć zawsze jakiś krem pod ręką i tak o to ten 30 ml maluch wylądował w mojej torebce. Super nawilżał, pięknie pachniał (trochę taką gumą balonową, albo cukierkami pudrowymi), a opakowanie typu airless super się sprawdziło w biurze, czy autobusie. Jednak mam do niego jedno zastrzeżenie, a mianowicie pompka wystrzela losowe porcje kremu, zdecydowanie jest do poprawy. Poza tym to bardzo dobry kosmetyk!

Krem Zmiękczający do Stóp – Fuss Wohl

Pokuszę się o stwierdzenie, że jak do tej pory jest to najlepszy krem do stóp, z jakim miałam do czynienia! A z moich ust to nie lada komplement, ponieważ moje stopy są bardzo wymagające i niestety bardzo szybko rogowacieją. Po tym kremie moje pięty były nawilżone i mięciutkie, także pedicuire mogłam odłożyć w czasie i na spokojnie wykonywać go raz w miesiącu. Zdecydowanie jeszcze do niego wrócę, ponieważ kremy do stóp, jeśli tylko stosuje je  regularnie, schodzą u mnie baaardzo, ale to baaaaaaaardzo szybko, a ten nie dość, że jest skuteczny, to jeszcze niedrogi i łatwodostępny.

Krem do Depilacji Sensitive – Isana

Ten krem do depilacji to mój ulubieniec. Jest łatwo dostępny, ma dobry skład, a do tego jest tani, można go kupić już za około 5-6 złotych. Co najważniejsze ten krem działa i nie śmierdzi tak jak to kremy do depilacji potrafią 😉 nigdy mnie nie podrażnił, nawet gdy zostawiłam go na dłużej niż powinnam. Zwykle depiluję nim tylko przedramionach i zabieg ten muszę powtarzać raz w tygodniu. Jednak moje włosy, stety albo niestety, bardzo szybko odrastają. Na głownie się to przydaje, jednak w innych partiach ciała już niezbyt 😉 Zawsze mam przynajmniej jedno opakowanie w domu, bo kupuję go najczęściej na promocji na zapas.

Krem do Rąk bio-granat – Alterra

Drugi krem do rąk w tym denku, ale nie miałam w tym miesiącu wyjątkowo suchej skóry na dłoniach. Po prostu tak się złożyło, że skończył się mój torebkowy krem i ten z Alterry, który trzymłam w domu. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się takiego fajnego kremu za takie małe pieniądze. Cudownie pachniał, ładnie się wchłaniał, choć czasami pozostawiał na dłoniach delikatną lepiącą się warstwę. Obecnie jest to jeden z moich ulubionych kremów do rąk! Koniecznie musicie go wypróbować 😊

Olej konopny – EcoSpa

Olej konopny kupiłam z myślą o moim mężu, który ma ŁZS (łojotokowe zapalenie skóry) głównie na skalpie i to właśnie do olejowania jego skóry głowy poszła cała buteleczka. Olej dodawałam do masek z błota z morza martwego lub aplikowałam go bezpośrednio na skalp czasem solo, czasem w połączeniu z innymi olejami. Olej konopny sprawdził się bardzo dobrze! Pomógł w opanowaniu stanów zapalnych na skórze głowy, a dodatkowo wzmocnił również włosy, które dzięki niemu stały się mocniejsze i bardziej lśniące. Zdecydowanie polecam ten olej osobom z ŁZS, atopowym zapaleniem skóry, czy też z cerą problematyczną.

Witaminae E – EcoSpa

Witamina E jest świetnym dodatkiem do maseczek, maseł, czy domowych olejków, ponieważ ma działanie antyoksytacyjne i przeciwstarzeniowe, ale oprócz tego przedłuża trwałość oraz świeżość formuł olejowych. Także jest to produkt o bardzo szerokim zastosowaniu, który warto mieć w domu, szczególnie jeśli lubicie sami coś sobie w domu pomieszać 😉

Olej makadamia – Naturium

Powiem tak, olej jak olej. Nie wyróżniał się niczym szczególnym w kategorii „oleje”, co nie znaczy, że był zły! Stosowałam go do domowych maseczek, zmywałam nim makijaż, z czym świetnie sobie radził, dodawałam go też do domowych maseł do ciała. Unikałam jednak nakładania go na twarz, ponieważ bardzo mnie zapchał. Do tego oleju pewnie jeszcze wrócę, choć niekoniecznie do tej marki.

Olejek do włosów z pestek moreli – Alterra

Jeden z moich olejowych ulubieńców! Dostaje takie miano, ponieważ jest to produkt bardzo wydajny, super uniwersalny, pięknie pachnie, a pompka przy olejowej konsystencji jest świetnym rozwiązaniem, bo nie brudzimy całego opakowania tłustymi rękami. Cudownie sprawdził mi się jako serum zabezpieczające włosy i końcówki, dodatkowo świetnie rozbijał sucharki po myciu (mam kręcone włosy), a jeszcze zdarzyło mi się na wyjazdach olejować nim włosy! Produkt idealny na lato, w szczególności do wyjazdowej kosmetyczki. Przez małą pojemność możecie go wnieść nawet na pokład samolotu! Ostatnio coś go nie widzę w żadnym Rossmannie, ale ponoć jest dostępny, tak przynajmniej mówi aplikacja 😀

Tonik-wcierka do skóry głowy – Vianek

Niezastąpiony produkt u mnie w domu! Działa wspomagająco na porost włosów, chociaż u siebie i męża ogromnego wysypu baby hair nie zauważyłam. Po jego zastosowaniu włosy są lekko uniesione u nasady, a wcierka dodatkowo działa trochę jak suchy szampon przedłużając świeżość włosów. Dodatkowo rzeczywiście działa kojąco na skórę głowy, minimalizuje jej swędzenie i łagodzi podrażnienia. Minusem dla mnie jest tylko obecność substancji myjących, bo nie do końca zgadzam się z pozostawianiem ich na skórze, szczególnie na dłuższy czas. Jednak do tej pory nic złego nam ta wcierka nie wyrządziła, a wręcz przeciwnie. Po prostu staram się nie używać jej codziennie, a co dwa-trzy dni, tak aby substancje aktywne miały czas zadziałać, a myjadła nie nagromadziły się na skalpie. Zużyliśmy już chyba trzy opakowania i z pewnością będę sięgać po następne!

Regenerujący żel – Aloesove

Ten żel dostałam w prezencie od męża i bardzo się z tego faktu cieszę, bo sama nie jestem pewna, czy bym się skusiła na niego. W sumie bez przesady, pewnie bym go kupiła, ale trochę później 😉 żel dobrze mi się sprawdził jako podkład pod olejowanie włosów (głównie do tego celu go zużyłam), serum na twarz pod krem, a także jako dodatkowa porcja nawilżenia na wyjątkowo suche lub podrażnione miejsca, dodawałam go również do domowych maseczek i innych mikstur. Czasami zostawiał mi lekko lepiącą się warstwę, jednak przeważnie wszystko super się wchłaniało. Ma konsystencję typowego żelu, choć trochę glutkowatą, zapach jest nawet przyjemny i posiada dobrze działającą pompkę, która zdecydowanie ułatwia aplikację. Przy tym produkcie musicie jednak zwrócić uwagę, że nigdzie na opakowaniu nie jest napisane, że jest to żel aloesowy! Producent wyraźnie nazwał go żelem regenerującym i tak jest. W składzie oprócz aloesu znajdziecie mnóstwo innych nawilżających składników, czy ekstraktów. Osobiście mi to w niczym nie przeszkadzało, jednak jeśli szukacie czystego żelu aloesowego, to warto sięgnąć po inny produkt.

Shine On – John Masters Organics

Shine On jest odżywką bez spłukiwania, którą sprzedawczyni poleciła mi stosować jako produkt stylizujący. Byłam strasznie podekscytowana tym zakupem, jednak po początkowym szale poszła ona w odstawkę, ale nie dlatego że to zły produkt! Już tłumaczę, co mam na myśli. Jeśli nie wiecie, mam kręcone włosy, które przywracam do życia, także potrzebuję dość mocnego stylizatora, który będzie w stanie utrzymać moje włosy w ryzach dłużej niż jeden dzień. Początkowo odżywka sprawdzała się całkiem nieźle, jednak już następnego dnia włosy zaczynały się puszyć i delikatnie rozkręcać. Próbowałam dodawać więcej produktu, jednak nie dało mi to nic oprócz obciążenia włosów. Jak na leniuszka przystało, nie chciałam myć włosów co dwa dni, więc przerzuciłam się na pianki i żele przeznaczone typowo do stylizacji. Jednak postanowiłam dać jej ostatnią szansę i użyć jej jako produktu do reanimacji moich loczków. W tej sytuacji sprawdziła się idealnie! Nie obciążała włosów, nie sklejała ich, nie było też efektu „mokrej Włoszki”. Także warto nie skreślać od razu jakiego kosmetyku, tylko poeksperymentować i znaleźć dla niego nowe zastosowanie.

Sól do kąpieli mandarynka – Manufaktura Mewa

Manufakturę Mewa poznałam na Ekocudach, jednak sól do kąpieli trafiła do mnie parę miesięcy później. Opakowanie nie jest zbyt duże i przewidywałam, że wystarczy mi na dwie kąpiele, jednak sól starczyła na dużo więcej! Jako że jestem #teamprysznic, to z wanny korzystam od wielkiego dzwonu, więc sól stała ładnych parę miesięcy, a jej cudowny cytrusowy zapach ani się nie zmienił, ani nie stracił na intensywności! Myślę, że na jesień chętnie kupię sobie opakowanie tej soli, tylko w innej wersji zapachowej.

Serum regulujące – Duetus

Serum na niedoskonałości pachnie tak, jakby do jego wytworzenia przyłożył rękę sam diabeł 😉 zapach siarki zmieszany z olejkiem z drzewa herbacianego i jeszcze innymi bardzo aromatycznymi składnikami daje nam mieszankę zapachową dla prawdziwych koneserów.. Po pierwszym użyciu byłam przekonana, że już nigdy więcej do niego nie wrócę, jednak jak widzicie, opakowanie jest puste, więc się udało 😉 co do samego działania tego specyfiku, to muszę przyznać, że z tym bywało u mnie różnie. Miałam wrażenie, że niektóre niespodzianki posmarowane tym serum znikały w oka mgnieniu, a inne niestety śmiały mu się prosto w twarz i rosły sobie jeszcze bardziej.. Ale uważam, że warto go wypróbować, tylko pamiętajcie o specyficznym zapachu. Ja pewnie będę szukała czegoś innego.

Peeling korundowy z aronią – Bydgoska Wytwórnia Mydła

Byłam bardzo podekscytowana, gdy kupiłam ten produkt, bo nie dość że to polska marka, to był jeden z pierwszych produktów w mojej kosmetyczce od Bydgoskiej Wytwórni Mydła. Bardzo spodobało mi się to, że peeling ma pojemność 15 g, dzięki czemu produkt się nie zepsuje, bo bez problemu wszystko uda się zużyć w terminie ważności. W środku znajdziemy mieszankę olejów z korundem i aronią, a do peelingu dołączona jest drewniana szpatułka, którą produkt należy wymieszać przed użyciem, tak aby faza olejowa połączyła się z drobinkami ścierającymi. Szczerze mówiąc, to nigdy w życiu nie spotkałam się z tak mocnym peelingiem, włączając w to nawet produkty do ciała! Peelingowanie nim twarzy nie było przyjemne i w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że odwlekam moment użycia go, więc peeling robiłam nawet co dwa tygodnie. Natomiast mojej drugiej połowie, która jest już przekonana do codziennej pielęgnacji, musiałam otworzyć inny produkt, bo zdecydowanie odmawiał używania tego. Także lojalnie Was ostrzegam! Ale twarz po nim była jak pupcia niemowlaka 😀 pod tym względem to najlepszy peeling do tej pory, jednak przyjemność z korzystania to minus 10 😉

Tonik-esencja nawilżająca – Resibo

Ten tonik to mój hit i totalny ulubienic! Gdybym robiła zestawienie top 3 toników, to ten zdecydowanie by się tam znalazł! Cudownie nawilża! Rzeczywiście czuć jego obecność w pielęgnacji, szczególnie jeśli przerzucicie się na niego po stosowaniu mniej nawilżającego produktu. Do tego tonik jest bardzo wydajny i starcza na bardzo długi czas. Bardzo podoba mi się zastosowanie atomizera, chociaż nie polecam pryskaniem nim bezpośrednio na twarz, bo bardzo pluje. Jest to „wina” w dużej mierze samego toniku, który jest dość gęsty i bogaty, przez co wydostaje się na zewnątrz w takiej formie. Ja piskałam około 1,5 pompki w zagłębienie dłoni, rozcierałam w rękach, a następnie wklepywałam w twarz. Dzięki temu nie marnowałam produktu, a sam tonik lepiej się wchłaniał. Koniecznie musicie go wypróbować!

Krem pod oczy z granatem – Cosnature

Ten krem to dla mnie taki przeciętniak w sam raz na raz. Nie planuję już do niego wracać. Chociaż bardzo podobał mi się jego spiczasty aplikator. Sam krem był dość lekki, szybko się wchłaniał, jednak nie zauważyłam jakiś spektakularnych efektów. Dawał minimalne poczucie nawilżenia, w związku z czym najlepiej sprawdzał mi się na dzień pod makijaż. Na noc miałam ochotę na coś bardziej treściwego. Na plus zdecydowanie była jego wydajność.

Maseczka do twarzy – Duetus

Ta maseczka to u mnie totalny must have! Odkryłam ją, gdy zimą dopadł mnie trądzik na tle hormonalnym. Nigdy, nawet jako nastolatka, nie miałam cery w tak złym stanie, więc dość mocno przeżywałam tę sytuację. Zupełnie przypadkiem wpadła mi w ręce ta maska i już ze mną została! Super produkt, ja jedną saszetkę wykorzystuję na dwa razy i Wam też polecam tak spróbować. Obecnie nie sprawdza mi się aż tak dobrze jak wcześniej, ale też nie mam skóry w aż tak złym stanie jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że jest to bardzo, ale to bardzo dobra maska oczyszczająca.

Także dobrnęliśmy już do końca. Przeczytał ktoś całość? Jeśli tak, to zostaw po sobie jakiś znak!

Do zobaczenia następnym razem!

Aga



2 thoughts on “Denko kwiecień”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *