Projekt denko LIPIEC

Projekt denko LIPIEC

Powiem Wam, że lubię robić denka, chociaż zbieranie tych wszystkich opakowań, zamiast ich wyrzucania jest trochę uciążliwe. Muszę trzymać mnóstwo pustych opakowań, które łatwo się przewracają i zajmują cenne miejsce w moim małym, choć przytulnym mieszkanku 😉 jednak dzięki temu widzę ile zużywam w rzeczywistości. Przypominam tylko, że jest to zbiór produktów, które zużyłam w danym miesiącu, a nie w jeden miesiąc! Jest to dość spora różnica, a kosmetyki zużywa ze mną również mój B., który całkiem nieźle wkręcił się w pielęgnację, co bardzo mnie cieszy . Także nie przedłużając już zbędnie, zapraszam Was na lipcowe denko. Już powoli zbliżam się do całkowitego nadrobienia zaległości! W tym miesiącu możecie się jeszcze spodziewać co najmniej denka sierpniowego, także miesiąc upłynie nam pod znakiem użytych opakowań.

Nawilżająca emulsja oczyszczająca – Pure by Clochee

Szczerze, to bardzo sceptycznie podchodzę do produktów myjących, które na naszej skórze znajdują się tylko chwilę, a które obiecują nawilżenie. Od tego są kremy i sera, kosmetyk myjący powinien przede wszystkim skutecznie, ale delikatnie oczyszczać cerę nie wysuszając jej przy tym. Tutaj jednak ogromnie się zdziwiłam, ponieważ rzeczywiście zauważyłam zmianę w nawilżeniu cery, tylko po wprowadzeniu tego kosmetyku! Nie wiem, jak oni to zrobili, ale bez dwóch zdań się udało! Polecam całym sercem i zdecydowanie będę wracać do tego produktu, ponieważ oprócz nawilżenia emulsja, której bliżej zdecydowanie jest do żelu, jest bardzo delikatna i skuteczna.

Peeling Freude – Alverde

Peeling ten kupiłam przy okazji będąc w Berlinie w drogerii DM, jeśli będziecie za granicą, to koniecznie tam zajrzyjcie! Jest tam mnóstwo kosmetyków pielęgnacyjnych, jak i kolorowych w dobrych cenach oraz ładnych składach. Niestety ten peeling na tyle nie przypadł mi do gustu, że nazwę go najgorszym peelingiem jaki w życiu stosowałam. Bardzo delikatny, praktycznie nie złuszczał naskórka, a jest to peeling mechaniczny, do tego zostawiał na twarzy tłustą warstwę. Trochę czułam się tak, jakby do kremu dodali ciutkę drobinek. Bardzo dziwne uczucie.. Zdecydowanie nie będę wracać, natomiast z samej marki będę jeszcze czegoś próbować.

Anti-aging Nachtcreme – Nonique

Kolejny produkt z mojej wycieczki do Berlina. Ponownie skład bez zarzutu, wegańska formuła, wygodna tubka. W mojej opinii jest to dobry krem nawilżający, nic więcej. Skóra po nim była gładka i miękka, a sam produkt nie miał tendencji do zapychania. Natomiast nie czułam zwiększonego napięcia skóry, czy jakiejś innej rewolucyjnej zmiany, aby takie różnice zaobserwować, musiałam używać serum. Także jeśli poszukujecie czegoś nawilżającego, a na resztę problemów macie serum, to będzie coś dla Was. Mam jeszcze w zapasie krem na dzień, także zobaczę jak się sprawdzi taka wersja.

Serum do twarzy – Aloesove

Produkt od marki-córki Sylveco, czyli Aloesove, jest trochę żelkowy w swojej konsystencji, przez co wystarczy parę kropel na pokrycie całej twarzy wraz z szyją, co sprawia, że serum jest bardzo wydajne. Szybko się wchłania zostawiając przy tym delikatnie lepką warstewkę na skórze, która całkowicie zanika po nałożeniu kremu. Serum działa nawilżająco oraz łagodząco przez dodatek aloesu. Producent obiecuje jeszcze wycieszenie i regulację pracy gruczołów łojowych, tego akurat u siebie nie zaobserwowałam niestety. Jest to bardzo przyjemny produkt, chociaż jeśli chcecie czegoś bardziej wielofunkcyjnego, to polecam zainteresować się żelem regenerującym z tej samej serii. Jako że składem niewiele się różnią, to działanie jest bardzo podobne (sprawdzałam to na sobie), a żel ma pojemność 250 ml, przy czym możecie go jeszcze wykorzystać na włosy, czy ciało, a cena jest praktycznie taka sama.

Regenerujący krem do stóp – Sylveco

Niestety przez genetykę i problemy z tarczycą moje stopy są w dużo gorszym stanie niż przeciętnego człowieka 😉 bardzo szybko rogowacieją, szczególnie jeśli dodatkowo ich nie nawilżam żadnym kremem. W związku z tym takich preparatów przewija się u mnie sporo. Ten krem niezbyt przypadł mi do gustu, nawilżenie było bardzo delikatne, a proces rogowacenia naskórka tylko troszkę został spowolniony. Dodatkowo zapach tego kremu jest bardzo dziwny, mi przypominał pety.. Także niezbyt przyjemne było to doświadczenie.. 😉 zdecydowanie nie będzie powrotu.

Regulująca esencja z ekstraktem wierzby białej – Polny Warkocz

Regulująca esencja sprawdziła mi się całkiem dobrze, a po zachwycie jaki wywołała u mnie esencja z mleczkiem pszczelim z tej samej firmy zdecydowanie nie było to łatwe zadanie. Esencja rzeczywiście pomagała regulować pracę gruczołów łojowych, jednak nie był to jakiś spektakularny efekt. Trądzik na tle hormonalnym pozostał, a niespodzianki na twarzy i tak się pojawiły, chociaż mam wrażenie, że szybciej znikały. Samą esencję bardziej bym jednak nazwała tonikiem, i właśnie w taki sposób jej używałam. Jak na razie jednak pozostanę wierną fanką esencji Polny Warkocz z mleczkiem pszczelim.

Krem do rąk z bio-rokitnikiem&bio-olejem arganowym – Alterra

Jest to jeden z moich ulubionych kremów do rąk! Uwielbiam jego zapach, jest taki orzeźwiający, a przy tym słodko-owocowy. Istne cudo!! Jeśli do tego dodamy ładniutki skład, nawilżające działanie, niską cenę i dostępność, mamy świetny produkt. 😊 jeden z moich ulubionych kremów do rąk! Dla bardziej wymagających dłoni raczej się nie sprawdzi, natomiast jeśli szukacie kremu, który nie zostawia lepiącej warstwy, szybko się wchłania, a do tego przyjemnie nawilża, to polecam się na poważnie zainteresować tym produktem. To super krem na co dzień.

Żel do ciała bio-rokitnik&bio-olej arganowy – Alterra

Jak widać ta seria zapachowa Alterry bardzo przypadła mi do gustu 😉 uważam, że nazywanie tego produktu żelem do mycia ciała jest lekkim wprowadzaniem w błąd, ponieważ jest to po prostu myjący krem do ciała. Przez swoją kremową konsystencję nie da się go spienić i jest mniej wydajny. Z drugiej strony nie miałam po nim poczucia wysuszenia, nie musiałam w panice poszukiwać balsamu, przez co był to dla mnie idealny kosmetyk na siłownię. Myślę, że ze względu na cudowny zapach będę do tego produktu wracać.

 

Mleczko do ciała – Feel Free

Produkty tej marki wyjątkowo mi pasują! Miałam już kilka ich kosmetyków i wszystkie bardzo mi się podobały. Nie inaczej było w przypadku tego mleczka. Jest to bardzo lekki produkt, który szybko się wchłania nie zostawiając przy tym lepkiej warstwy na skórze. Zapach jest przyjemny, zdecydowanie wyczuwalna jest trwa cytrynowa, przez co mleczko ma orientalny zapach. Niezbyt podoba mi się przezroczyste opakowanie, bo po zużyciu produktu na zdjęciu nie widać żadnych napisów. Jednak w normalnym użytkowaniu nie przeszkadza to wcale. 😉

Skin Food Light – Weleda

Odchudzona wersja klasyka sprawdziła się trochę gorzej niż jej tłustszy starszy brat. Myślę, że sekretem Skin Food’a jest właśnie ta gęsta konsystencja. Ten krem w dużej części zużył mój B., który ma łzs, więc jest to skóra wymagająca dużej dawki nawilżenia, jednak w tym przypadku krem okazał się ciut za słaby, niestety. Kompozycja zapachowa jest taka sama jak w przypadku wersji regularnej, natomiast krem ma lżejszą konsystencję.

Odżywka przeciwłupieżowa – Petal Fresh

Odżywki Petal Fresh są dość dobrze znane, szczególnie w kręgu włosomaniaczek. Najczęściej wykorzystywane są te podstawowe wersje, które bardzo dobrze emulgują oleje i są traktowane jako odżywki myjące. Wersja którą miałam do tego celu również nadawała się bardzo dobrze, i to właśnie najczęściej ją wykorzystywałam jako pierwsze O w metodzie OMO. Wybrałam taki sposób, ponieważ w innym wypadku moje włosy puszyły się, a skręt był kiepski. Odżywkę również można stosować na skórę głowy, ma bardzo bogaty skład! Ja zostawiałam ją dosłownie na parę minut. Jednak osoba, która zdecydowała o zapakowaniu tak gęstego, a przy tym bardzo wydajnego, produktu do tej butelki chyba nigdy nie używała żadnej odżywki do włosów.. Przez swoją konsystencję produkt nie chce wychodzić z opakowania! U mnie butelka cały czas stała odwrócona do góry nogami, a jeśli chciałam jej użyć, to kładłam butelkę na brzeg wanny i dociskałam ją dłonią, żeby cokolwiek z niej wydostać. Może kiedyś bym do niej wróciła, ale dopóki zmianie nie ulegnie opakowanie, to nie ma takiej mowy.

Odżywczy balsam – włosy suche i rozdwojone końcówki – EO Laboratorie

Jedna z moich ulubionych odżywek do włosów! Świetnie działa i pachnie. Odżywia włosy, które stają się mocniejsze, podbija mi skręt, ładnie dociąża włosy nadając im delikatnego blasku. Jest to produkt emolientowo-humektantowy, chociaż moje włosy tych nawilżaczy zupełnie nie czują, dlatego z powodzeniem używam jej jako produktu emolientowego, a takich właśnie moje włosy domagają się najwięcej.. Fajnie, że butelka ma pompkę, dzięki temu super się wydobywa produkt, szczególnie mokrymi rękoma, natomiast przy 1/3 opakowania pompka odmawia posłuszeństwa, więc butelka wylądowała do góry nogami. Mimo wszystko już nie mogę się doczekać, aż użyję jej ponownie.

Odżywka do włosów bez spłukiwania nordyckie jagody – Urtekram

Przy tej odżywce nie chcę się jednoznacznie wypowiadać na tak lub nie, bo trochę brakowało mi systematyczności w jej używaniu. Jednak z pewnością nie obciążała włosów, ani nie sprawiała, że wyglądały na nieświeże. Miałam wrażenie, jakby miała delikatne działanie nawilżające, ale od nadmiaru humektantów moje włosy bardzo się puszą niestety. U mojego B. spowodowała swędzenie głowy, ale on ma bardzo wrażliwy skalp, także zalecam ostrożność w takim przypadku.

Snail bee high content pack – Benton

Z tymi maseczkami mam pewien problem. Wiem, że dużo osób je poleca, ale u mnie one jakoś nie przynoszą spektakularnych efektów. Owszem, są przyjemne, skóra po ich użyciu jest miękka i miła w dotyku, jednak oczekiwałam po takich zachwytach czegoś więcej.. Próbowałam się do nich przekonać, ale po prostu chyba to nie jest produkt dla mnie. Wiecie, po tylu poleceniach oczekiwania mocno poszybowały w górę i spodziewałam się prawdziwej petardy.

Maseczka do twarzy – Duetus

Tu się długo nie będę rozwodzić, bo już o tej maseczce pisałam Wam już nie raz. Bardzo lubię ten produkt, zazwyczaj mam chociaż jedno opakowanie na stanie w domu. Skuteczna i tania, polecam jedno opakowanie zużyć na dwa razy. Działanie jest takie samo, a mniej brudu do sprzątania. 😉 jeśli chcecie przeczytać o niej trochę więcej, zachęcam Was do przeczytania ostatniego wpisu, pisałam tam o wszystkich maseczkach w saszetkach, jakie zostały stworzone przez Sylveco.

Maseczka #gwiżdź na pryszcz – Dermaglin

Pierwszy raz styczność z maseczkami Dermaglin miałam na studiach. Moja przyjaciółka walczyła z dość uporczywym trądzikiem i te maseczki bardzo jej pomagały. Nadal są dobre, mam wrażenie, że nowe nazwy i kolorowe opakowania mają bardziej przemówić do młodszego pokolenia, ale wydaje mi się, że tamte maseczki trochę lepiej działały. Ta jest bardzo przyjemna, ale jeśli miałabym wybierać pomiędzy tą a Duetusem, to wybór jest dziecinnie prosty.

Jak widzicie w lipcu udało mi się wykończyć kilka świetnych produktów, ale również znalazło się parę mniej udanych kosmetyków, żeby nie powiedzieć bubli 😉 ale jest to część zabawy z testowania coraz to innych produktów. Zanim się trafi na perełkę, trzeba przejść przez kilka słabych produktów, ale potem jaka jest radość z nowego odkrycia 😉

Który z kosmetyków najbardziej Was zainteresował?

Do zobaczenia następnym razem!

Aga



2 thoughts on “Projekt denko LIPIEC”

Pozostaw odpowiedź Agnieszka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *